Witam wszystkich którzy znaleźli się na mojej stronie.

Jak mawia mój ulubiony prezenter radiowy Piotr Kaczkowski:
"nie ma przypadków".
Tak więc na pewno masz jakiś powód by to czytać, a ja by pisać. Nawet jeśli oboje nie zdajemy sobie jeszcze sprawy dlaczego jesteśmy Tu Teraz.

Cieszę się z naszego spotkania.

piątek
22maj2009

wygraliśmy! ;-)

Minęło już prawie trzy tygodnie od powrotu z Grecji, a ja nic... Chyba czas się w końcu pochwalić.

W tym roku wygraliśmy "Majówkę"! - regaty organizowane przez JoinUs.pl

No dobrze, może nie do końca wygraliśmy, ale puchar dostaliśmy :-) Za co to już tylko jeden Marcin wie, ale jak sadzę za dzielność morską i "duch regatowy" naszej młodszej części załogi.

Tym razem na majówkę wybrał się ze mną nie tylko Michał (7 lat), ale również po raz pierwszy nasza Marta (4), oraz Ania (8) i Kacper (11) oczywiście wraz z rodzicami.
Wszystkie dzieciaki (i młodzież) były wspaniałe. Oczywiście najbardziej dumni jesteśmy z Marty.

Trochę obawialiśmy się jej żywej natury. Nie wiedzieliśmy, czy wytrzyma na 13 metrach pokładu; jak uda nam się wytłumaczyć jej zasady bezpieczeństwa, itp. Marta okazała się jednak nad wyraz dojrzała i rozsądna.
Fizycznie ćwiczenia, jak wchodzenie po zejściówce jachtu rozkołysanego na falach z kocem w jednej ręce, okazały się dla naszej 4 latki wręcz wymarzone. Wiedzieliśmy jednak, że z tym sobie poradzi. Przecież nudzą ją już zwykłe place zabaw i sama szuka bardziej ekscytujących wyzwań. :)


Pokaż majówka Grecja 2009 na większej mapie

Jak widać na zamieszczonej powyżej mapce, trasa może nie przesadnie ambitna. Biorąc jednak pod uwagę wiek załogi to chyba i tak nie mało. Ateny - Egina - Poros - Hydra - Serifos - Kythnos - Kea - Ateny to w sumie 204 mile morskie (mierzone przez GPS bo log nie działał, ale o tym później).

O Grecji na jachcie myślałem już od dawna - zwłaszcza o Cykladach.
Zdołaliśmy odwiedzić 3 najbardziej na zachód wysunięte wyspy Cyklad: Serifos, Kythnos, Kea i się nie zawiedliśmy. Również pozostałe wyspy, zwłaszcza Hydra, były naprawdę warte odwiedzenia.

Na Serifos i Kea wypożyczyliśmy auto (odpowiednio 20 i 45 euro za pół dnia i cały dzień). Przy 9 osobowej załodze musieliśmy wykonać zawsze dwa "kursy", ale pozwoliło to nam łatwo zwiedzić wnętrze wysp.
Transport publiczny istnieje, ale biorąc pod uwagę częstotliwość kursów (co 2 godziny na Serifos) i ich cenę (1.20 euro) uważamy, że dokonaliśmy właściwego wyboru.

Na Cykladach w przeciwieństwie do innych części Morza Śródziemnego, miejscowości portowe nie są zbyt atrakcyjne. W zasadzie w porcie można zobaczyć niewiele poza jedną ulicą z kafejkami i kilkoma sklepami.

Cały urok Cyklad, z charakterystycznymi śnieżnobiałymi domami, kryje się w Chora - czyli starym mieście na wzgórzu ponad portem. Kiedyś sytuowane w ten sposób w obawie przed piratami, dziś kryją swoje skarby przed turystami. Jednak nie poświęcić czasu i nie odwiedzić ich, to tak, jakby nie zobaczyć Cyklad wcale.

Bez auta wiele wypraw, jak na przykład poszukiwanie wiatraków z których słynie Kea, okazałoby się bezowocne. No, ale może akurat w tym przypadku, warto było pozostawić pewne rzeczy niedopowiedziane... Nie zdradzę tajemnicy, niech wiatraki z Kea pozostaną jej zagadką ;-)
(Jeśli nie macie zbyt wiele czasu poświęćcie go raczej na zwiedzenie starego miasta.)

Z Cyklad, osobiście najbardziej pobadała mi się bardziej kameralna Serifos. Wyludnione Chora wyglądało naprawdę wspaniale zarówno o zmierzchu, jak i o świcie.
Na pewno na Cykladach pozostało jeszcze wiele do odkrycia. Mam nadzieję, że będzie okazja by tam powrócić.

Z trzech pozostałych wysp najciekawsza okazała się Hydra. Wyspa całkowicie odmienna w charakterze od Cyklad. Powiedziałbym włoska, czy jak słusznie ktoś zauważył chorwacka w nastroju.
Tutaj najciekawszy był właśnie port. Wypolerowane stopami kamienne płyty chodnika przypominały Dubrownik. Wyspa mimo, że usytuowana blisko lądu dzielnie broni się przed wpływami cywilizacji. Podstawowym środkiem komunikacji nadal jest osiołek - istnieje możliwość wypożyczenia, ale w tym przypadku jednak się nie skusiliśmy :)

Jak pływa się w Grecji? W sumie nieco podobnie do Chorwacji. Nawigacja praktycznie prawie zawsze wzrokowa, choć zarówno odległości, jak i same wyspy wydają się większe.

Nieco atrakcji przysparza cumowanie w porcie z użyciem kotwicy. W sumie to nic trudnego. Jeśli nie powiedzie się za pierwszym razem, zawsze można manewr powtórzyć, a skipper i załoga zdobędą w ten sposób niezbędne doświadczenie.
Więcej emocji przysparza wychodzenia z portu. My mieliśmy szczęście i kotwica zaplatała nam się tylko raz. Na Kythnos zaczepiła o linę cumowniczą leżącą na dnie basenu portowego. Jej przeznaczenie było nieco zagadkowe, bo nie był to muring. Po kilku minutach udało nam się uwolnić, przy jedynie nieznacznej pomocy lokalnego rybaka.
Większego pecha miał inny jacht na Hydrze. Dwie godziny siłowali się z łańcuchem, który udało im się "złowić". Wyswobodzili się dopiero przy pomocy innego jachtu i odpowiednio zaczepionej liny.

Infrastruktury - jeśli mamy na myśli mariny - praktycznie nie ma. Trzeba być przygotowanym na samodzielność. Prysznice na lądzie były dostępne chyba tylko raz. Osobiście nie skorzystałem wybierając ten jachtowy - bo bliżej. Toalety łączyły się czasami z zamówieniem frappe - ale czyż nie jest to dobry pretekst do spróbowania tej oryginalnej greckiej kawy :-)
Byłem jednak mile zaskoczony w porównaniu z Sycylią. W Grecji infrastruktura dla jachtów może nie jest bardziej rozbudowana, ale ceny to odzwierciedlają. Opłata portowa to 2-3 euro (nie zawsze pobierana), a tankowanie wody to około 5 euro.

Grecja na pewno nie jest też tak skomercjalizowana jak Chorwacja. Jak powiedział nam skipper, odwiedzający wyspy od 30 lat, niewiele się przez ten czas zmieniło.
Dobitnym tego symbolem jest fakt, że na Kythnos woda z gorącego źródła płynie wprost na plaże. Nikt nie wpadł na pomysł by pobierać jakiekolwiek opłaty. Nikt nie ogrodził, nie wybudował basenów itp. Ktoś poukładał jedynie kamienie, tak by gorąca woda, nie mieszała się wprost z wodą morską.
Wydaje się, że mieszkańcy greckich wysp mają w sobie coś z charakteru powszechnych tutaj kotów. Siedzą leniwie przed domem, lub kryją się w jedynie sobie znanych zakamarkach. Na pewno nie są jednak natrętni w stosunku do turystów.

Prawdopodobnie by dobrze poznać wyspy i ich mieszkańców należałoby spędzić tam znacznie więcej czasu. Tak właśnie robi spotkany przez nas kapitan-artysta. Poświęcił on Kea 4 tygodnie, a nie był to wyjątek w jego rejsie. W takim tempie odwiedzenie wszystkich wysp zajmie mu prawdopodobnie lata, ale jemu wcale nigdzie się nie śpieszy. Od lat mieszka na swoim katamaranie, którym opłynął już podobno cały świat.
Kapitan Nemo - jak go nazwałem - sklejał z elementów "recyclingowanych", czy jak sam to ujął "różnych śmieci", model fantastycznej łodzi podwodnej i inne egzotyczne "maszyny" z opowieści Juliusza Verne. Mam nadzieję, że znajdzie bogatych sponsorów, którzy docenią jego dzieła sztuki, a także "artyzm" takiego stylu życia.

Na koniec kilka uwag o jachcie i firmie czarterowej (mam na myśli wyłącznie Kavas Yachting). Jacht nie najnowszy więc nie należało się spodziewać nie wiadomo czego. W sumie w pełni sprawny. Nic poważnego się nie zepsuło, a jednak kilka rzeczy dziwi.
Instalacja elektryczna to prawdziwe kuriozum. Włącznik w jednej kabinie, zapala światło w dwu.
Brak światła silnika. Elektryk nie raczy nawet podejść do jachtu. Przez pomocnika radzi byśmy w zamian użyli światło robocze oświetlające pokład.
Autopilot... pracownik firmy czarterowej go szuka. Ach jest, ale w bakiście pod siedzeniem sternika!
Na jachcie brak przejściówki pozwalającej podłączyć prąd w macierzystej marinie i potrzebnej prawie w każdej innej. Na szczęście po chwili zrozumieli o co mi chodzi.
Przy oddawaniu mówię, że log i prędkościomierz się zepsuły - dowiaduję się, że nigdy nie działały...

Można powiedzieć, że drobiazgi - tylko czy to przypadek, że było ich aż tyle?

Odbiór jachtu też jakiś dziwny. Z jednej strony wspaniale. Właściciel daje wino, organizuje zakupy, przynosi nową mapę by pokazać najciekawsze miejsca. Jednocześnie wszystko należy zobaczyć, policzyć i zapisać samemu, a im oddać tylko papier.
Pamiętam jak kiedyś odbierałem jacht od Chorwata. On mówił po niemiecku, ja po angielsku, ale liczba informacji jaką udało mu się przekazać była naprawdę niewspółmierna.

Na koniec próba wmówienia nam, że coś uszkodziliśmy przy relingu... Pojawia się właściciel (a może to obecność Marcina?) i wszystko kończy się dobrze. Ale będzie to nauczka by wszystko dwa razy sprawdzić przy odbiorze.

Ta kropla goryczy nie zepsuła nam jednak urlopu. Do Grecji jeszcze wrócimy, ale pewnie następnym razem skorzystamy z innej firmy czarterowej.
Nie wiem, czy Marcin doszedł do podobnych wniosków, ale następna Majówka podobno w okolicy Elby - tam też popłyniemy :-)

Po rejsie jeden dzień zostaliśmy jeszcze w Atenach. Warto pokazać dzieciom Akropol i inne zabytki. Ateny to jednak wielkie miasto, podobno 5 milionów mieszkańców. Po spokoju wysp sprawiało nieco przytłaczające wrażenie.
Ateny zaskoczyły też mnie swoją relatywną nowością - choć nie do końca nowoczesnością bo drapaczy chmur tam nie ma. Wydaje się, że prawie całe miasto powstało w XX wieku. Plaka nie przypomina średniowiecznej starówki. Trudno też dopatrzeć się choćby XIX wiecznych bogatych kamienic. Wydaje się, że miasto odrodziło się dopiero po powstaniu państwa greckiego. Nie dziwi mnie teraz, że na początku, nie było wcale stolicą niepodległej Grecji.

* * *

Chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom rejsu, tym małym i tym większym.
Dzięki Wam wygraliśmy, a przecież dla wielu był to pierwszy rejs morski, czy rejs wogóle!

Grażyna, Ania, Michał, Ela, Marta, Kacper, Marzena
Maciek, Mila i ja (jak zawsze w okularach przeciwsłonecznych)

* * *

Zapraszam do odwiedzenia wszystkich garerii zdjęć z Grecji:

niedziela
15mar2009

yachtmaster exam and preparation course

Marcin poprosił mnie bym napisał jak wygląda egzamin i kurs przygotowawczy na Yachtmastera, czyli brytyjskiego kapitana, z punktu widzenia polskiego żeglarza.

Mam duże wątpliwości, czy można mnie nazwać polskim żeglarzem. Wszystkie kursy i kwalifikacje robiłem w RYA. Pływałem jednak głównie z Polakami, więc pewne porównanie pomiędzy obydwoma systemami jednak mam.
Mam nadzieję, że ten opis przyda się komuś w przyszłości.

Kurs przygotowawczy i egzamin zorganizowany był przez Trafalgar Sailing, jedną z 4 szkół żeglarskich w Gibraltarze akredytowanych przez RYA. Z ich usług jestem zadowolony. Wg. opinii zebranych na miejscu wszystkie szkoły w Gibraltarze oferują podobny, dobry standard merytoryczny i obsługi klienta. Zresztą są one powiązane - np. nasz egzaminator jest instruktorem w innej szkole.

Dlaczego akurat w Gibraltarze? Koniec lutego, to nie jest za bardzo pora by wyruszać na Morze Północne, czy nawet Kanał Angielski.
W Gibraltarze panowały warunki prawie letnie. Temperatura od 15 do 20 stopni. Wiatr do 5 Beauforta, ale zafalowanie na zatoce małe. Deszcz tylko jednego dnia.
Dodatkowo Gibraltar to wody pływowe. Pływy nie są duże, jedynie 1m, ale w cieśninie występuje stały prąd morski, który należy uwzględniać, we wszystkich kalkulacjach.
Dodatkowo duży ruch statków handlowych, promów i łodzi rybackich wymaga ciągłej uwagi i znajomości przepisów.
Wszystko to razem, czyni Gibraltar dogodnym miejscem do nauki i testowania umiejętności żeglarskich.

Kurs odbywał się od poniedziałku do piątku od 0900 do około 1900, raz 2200. Egzamin odbył się w sobotę między 1000, a 0200 dnia następnego.
Kurs to przede wszystkim praktyczne ćwiczenie manewrów w zatoce i marinie. Przez tydzień przepłynęliśmy zaledwie 142 mil morskich.
Na noc wracaliśmy do mariny w Gibraltarze. Z tego co wiem nie jest to jednak zawsze regułą i czasami odwiedza się również inne porty.

Pływaliśmy Bavarią 36, czyli typowym jachtem szkoleniowym. W systemie brytyjskim każdy kurs i egzamin (nawet na żeglarza) musi się odbywać na morskim jachcie kabinowym o długości co najmniej 33 stóp, z ożaglowaniem slop. System stawiania i refowania grota był tradycyjny. Genua na rolerze.
RYA wychodzi się z założenia, że kursy maja przygotowywać do pływania na typowych jachtach czarterowych, a nie zapoznać z tradycją żeglarską.
Stan jachtu był zadowalający, aczkolwiek zdarzały się drobne usterki. Śmialiśmy się, że ma to nas przygotować do ewentualnych przygód na własnych rejsach. Prawdopodobnie większe znaczenie miał fakt, że jacht był zaledwie tydzień przed corocznym remontem.

W kursie brało udział 5 osób. Ja i Obi byliśmy na kursie przygotowawczym do egzaminu Yachtmastera. David i Keith uczestniczyli w kursie Coastal Skipper (sternik morski). Richard w tzw. Fast Track, czyli 12 tygodniowym, rezydencjalnym kursie teoretyczno-praktycznym. Przygotowuje się w nim osoby o małym doświadczeniu do egzaminu na Yachtmastera. Często, tak jak w jego przypadku, z myślą o późniejszej pracy jako kapitan jachtowy.
Oba kursy, przygotowawczy do egzaminu Yachtmaster i praktyczny Coastal Skipper, to dokładnie ten sam kurs. Z "niewiadomych" przyczyn ten pierwszy jest jednak nieznacznie droższy.
Same egzaminy są również podobne. Jak mówił nasz instruktor Jim, to praktycznie ten sam egzamin, ale na przyszłych kapitanów patrzy się surowiej.

Do przystąpienia do obu egzaminów wymagane jest posiadanie certyfikatu operatora radia VHF krótkiego zasięgu i kursu pierwszej pomocy.
Kandydaci powinni ukończyć kurs i zdać egzamin teoretyczny na poziomie Yachtmaster, lub co najmniej Day Skipper. Ewentualnie posiadać porównywalną wiedzę teoretycznę zdobyta w inny sposób. W naszym przypadku wszyscy ukończyli oba kursy teoretyczne, więc trudno mi powiedzieć jak traktowane są osoby, które zdobyły wiedzę teoretyczną inaczej.
Wymagany jest również minimalny staż: 2500 mil morskich, z czego przynajmniej połowa na wodach pływowych, minimum 50 dni, w tym co najmniej 5 jako skipper.
Staż wystarczy, że jest udokumentowany książeczką żeglarską, logiem własnego jachtu, czy nawet zwykłym zestawieniem i oświadczeniem kandydata. Powszechne w Polsce "opinie" są w systemie brytyjskim całkowicie nieznane.

Na kursie największy nacisk kładzie się na manewry przeprowadzane na żaglach. My ćwiczyliśmy:

  • "człowiek za burtą",
  • cumowanie do boji,
  • cumowanie do kei,
  • kotwiczenie.

Manewry na silniku to:

  • podchodzenie i odchodzenie od kei rufą, dziobem i longside,
  • obrót jachtu o 360 stopni dookoła własnej osi (wykorzystanie prop-work nie jest tu najważniejsze, raczej obranie właściwego kierunku obrotu w stosunku do wiatru),
  • kotwiczenie i opuszczanie kotwicowiska.

Z praktycznych zadań nawigacyjnych trenowaliśmy:

  • "ślepą nawigację", czyli symulacja odnajdywania bezpiecznego miejsca w czasie mgły, używając jedynie nawigacji tradycyjnej (log, mapa) omijając wyimaginowaną rafę i inne statki,
  • symulowany plan rejsu (w naszym przypadku do Afryki) z uwzględnieniem pływów (wysokość i prądy),
  • nawigacja przybrzeżna w dzień i w nocy - w określonym miejscu, np. na przecięciu linii zmiany świateł sektorowych i konturu, musieliśmy się znaleźć używając jedynie żagli.

W czasie trwania całego egzaminu GPS był oczywiście wyłączony.

Wszystkie te elementy były sprawdzane w czasie egzaminu. Jednak nie wszyscy musieli wykonać każde zadanie. W naszym przypadku na egzaminie wszystkim "upiekły się" manewry na żaglach. Tego dnia wiatr prawie całkowicie znikł. Biorąc jednak pod uwagę jak wiele czasu przeznaczyliśmy na to w trakcie kursu, jest to na pewno ważny element egzaminu.

Dodatkowo w czasie egzaminu zadawane są pytania teoretyczne. W naszym przypadku dotyczyły one:

  • praktycznej znajomości mapy i symboli na niej,
  • międzynarodowe zasady prewencji kolizji (czyli kto i kiedy powinien zmienić kurs)
  • światła nawigacyjne,
  • sygnały mgłowe,
  • flagi,
  • pogoda,
  • interpolacja pływów - obliczenia wysokości i czasu dla portów nie objętych dokładnymi tabelami, oraz interpolacja prędkości prądu pomiędzy springs i neaps.

Ważne było również przeprowadzenie odpowiedniej odprawy bezpieczeństwa (safety briefing). Co istotne, w tym przypadku można, a nawet trzeba posługiwać się notatkami. Należy uwzględnić następujące elementy:

  • zagrożenia na jachcie (boom, możliwość wypadnięcia itp.),
  • używanie kamizelek i szelek,
  • uruchomienie silnika,
  • tratwa ratunkowa (jak działa, kiedy użyć),
  • środki pirotechniczne,
  • radio i Mayday,
  • instalacja gazowa i jej obsługa,
  • możliwość wystąpienia pożaru, zasady gaszenia, lokalizacja gaśnic,
  • choroba morska,
  • apteczka,
  • zawory bezpieczeństwa instalacji wodnej,
  • ręczne wypompowywanie wody.

Nasz egzaminator kładł też duży nacisk na działanie i konserwację silnika:

  • sprawdzanie i uzupełnianie oleju w silniku i skrzyni biegów,
  • wymiana filtru oleju,
  • filtr paliwa,
  • odpowietrzenie silnika w instalacji niskiego i wysokiego ciśnienia,
  • pasek alternatora,
  • wymiana turbiny w sprężarce.

Ważnym elementem egzaminu jest sprawdzenie zdolności komunikacyjnych. Nie chodzi o dokładną znajomość angielskiej terminologii żeglarskiej - choć jest ona z pewnością przydatna - ale o możliwość jasnego przedstawienia sytuacji i zadań załodze.
Każdy, nawet najprostszy manewr, poprzedzony powinien być wyjaśnieniem planu działania i zadań każdego członka załogi. Tacking czy jaibing powinien być przeprowadzony w ten sposób, że odpowiednie (nie koniecznie tradycyjne, ale zrozumiałe dla załogi) komendy są wydawane w odpowiednim momencie przez sternika lub skippera.

Egzamin wiąże się zapewne dla wszystkich ze stresem. Prawdopodobnie jest to zamierzone.

Większość egzaminu jest sprawdzeniem działania w sytuacjach kryzysowych, co naturalnie wiąże się ze stresem. Jak to podkreślił nasz instruktor Jim, kurs i egzamin ma umieścić nas poza strefą komfortową. Sprawdzić, czy w sytuacji zagrożenia nie popełnimy jakiegoś kardynalnego błędu.
Jednocześnie podkreślał, że jest to jedynie kolejny dzień na wodzie. Wymagania nie są jakoś specjalnie wygórowane. Wbrew obiegowej opinii kapitan to nie Bóg, więc nieomylność i wszechwiedza nie są wymagane.

Jak mówił Jim: egzaminator jest na jachcie po to by dać wam certyfikat, a nie po to by was oblać. Z naszej 5-tki, 4 osoby zdawały egzamin w tym samym czasie co ja. Zdali wszyscy.
Na pewno w jego trakcie wszyscy popełniliśmy jakieś błędy. Nie znaliśmy odpowiedzi na jakieś trudne pytanie. Zarówno kurs, jak i egzamin wykazał luki w wiedzy i doświadczeniu.

Zdanie egzaminu na Yachtmastera nie jest na pewno ukoronowaniem "kariery" morskiej. To jedynie kolejnym krok w ciągłym doskonaleniu swoich umiejętności.
Polecam to doświadczenie każdemu kto prowadzi jacht jako skipper.

niedziela
08mar2009

miasto tysiąca i jednej armaty

W zeszłą niedzielę wróciłem z Gibraltaru. Miasto zaskakuje, ale głównie mieszaniną ludzi i kultur. Już pierwszego dnia usłyszałem "Adios. Take care".

Gibraltar to jednak nie tylko mieszanka angielsko-hiszpańska. Na ławce przed kościołem zupełnie naturalnie wyglądały dwie kobiety ubrane w tradycyjne marokańskie stroje. Od dawna istnieją tu społeczności włoska, hinduska i żydowska. Społeczności ukraińska i polska pojawiły zapewne całkiem niedawno, ale w jakimś sensie stanowią kontynuację pewnej tradycji.

Różnorodności kulturowe zdumiewająco zacierają się wśród młodzieży. Językiem, ubiorem i zachowaniem nastolatkowie wydają się być typowymi anglikami. W pewnym momencie zastanawiałem się nawet skąd tam tyle młodzieży brytyjskiej :)

Nie byli to jednak młodzi turyści. Miasto ma kilka miejsc wartych odwiedzenia, raczej nie zostanie jednak mekką turystyczną.

Warto odwiedzić jaskinię Św. Michała. Stalaktyty i stalagmity odpowiednio oświetlone tworzą znakomity nastrój. Dodatkowo tajemniczości groty dodaje fakt, że było to ostatnie miejsce zamieszkiwania neandertalczyka. W czasach, gdy cała ziemia była już opanowana przez naszych przodków, na Gibraltarze, żyło jeszcze kilka ostatnich rodzin naszych "kuzynów".

Na drugiej stronie Skały "groty" wykuli już współcześni ludzie. Tunele z umieszczonymi w nich działami robią wrażenie. Zwłaszcza, że większość powstała w XVIII wieku.
Generał hiszpański, któremu nie udało się zdobyć fortyfikacji w czasie oblężenia w latach 1779-1783, stwierdził, że jest to dzieło inżynierskie godne starożytnych rzymian.
Armaty, działa, forty widoczne są w Gibraltarze na każdym kroku. Takiego nagromadzenia militariów z przeróżnych wieków nie widziałem nigdy w jednym mieście. Zapewne zostały wystawione na widok publiczny by przypominać Hiszpanom, robiącym tu zakupy, kto tu rządzi... :)

Największą atrakcją Gibraltaru jest oczywiście sam Rock, czyli skała i zamieszkujące ją małpy. Góra, będąca geologicznie częścią Afryki, wyrasta pionowo z morza i robi wrażenie. Nie dziwne, że starożytni nazywali ją słupami herkulesa (obok widocznym gołym okiem masywu górskiego w Maroku).
Natomiast występowanie tu dziko żyjących małp jest współczesnym, europejskim ewenementem.
Co prawda co do ich dzikości można mieć uzasadnione wątpliwości. Nie wydają się zbyt podekscytowane obecności ludzi na swoim terenie - tylko nieliczne rewidują torby turystów. Większość pozuje do zdjęć drzemiąc.

Ogród botaniczny jest miłym zakątkiem wartym odwiedzenia. Natomiast zamek muzułmański nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Porównywałem, go z Cuba z Palermo. Powstały mniej więcej w tym samym czasie i reprezentują podobny styl architektoniczny. Mimo mniejszego zniszczenia, ten w Gibraltarze robi znacznie mniejsze wrażenie.

Dużo większą atrakcją jest lotnisko. Wybudowane na mokradłach, które oddzielały kiedyś Gibraltar od Hiszpanii, znajduje się dosłownie na granicy. Pas startowy przecina jedyna droga biegnąca do miasta.
Największym zaskoczeniem jest jednak bliskość mariny. Oddzielona jest od pasa startowego jedynie... no w zasadzie niczym, nie jest oddzielona. Samoloty startują i lądują mniej niż 100 metrów od manewrujących jachtów.
Gdy na całym świecie nawet 10 metrów dzielące samolot od terminala, trzeba pokonać specjalnym autobusem, to w Gibraltarze idąc z lotniska do miasta przechodzi się środkiem pasa startowego.

Wysoka zabudowa mieszkalna (a nie hotelowa) i ceny nieruchomości świadczą, że turystyka nie stanowi tu priorytetu. Gibraltar wydaje się miastem skoncentrowanym na handlu i obsłudze wielkich statków przepływających cieśninę i tankujących tutaj, nieobciążone podatkiem VAT, paliwo.

Pewna pradawna tradycja morska, wydaje się jednak zamierać. Jeszcze 20 lat temu, dość otwarcie, działały tu silne grupy zajmujące się przemytem narkotyków z Maroka do Hiszpanii. Podobno w latach 90-tych młodzi Gibraltarczycy po wygranej w zawodach łodzi motorowych w Szkocji oświadczyli w wywiadzie w TV, że pływać uczyli się pędząc na swych super szybkich, nieoświetlonych pontonach, pomiędzy tankowcami, uciekając przed helikopterami hiszpańskiej Guardia Civil.
Ta "piracka" przeszłość stanowi już chyba jedynie wspomnienie. Dziś Gibraltar wydaje się bardzo bezpiecznym, a nawet sennym miejscem. Fakt, że marina i znajdujące się w niej jachty są całkowicie otwarte, jest rzadkością w UK, czy Hiszpanii.

Mimo całej swojej odmienności kulturowej i odmiennego klimatu, Gibraltarowi udaje się w jakiś sposób pozostać prowincjonalnym brytyjskim miastem usytuowanym na krańcu Hiszpanii i Europy.

Oby tak zostało.

 

* * *

O tym po co tam byłem i co tam robiłem tutaj.
Zapraszam również do galerii: